Dzień dobry, dobry wieczór - w końcu nie wiadomo kiedy to czytacie:)
Zgłaszam się na wszechwiedzące i dobrze nastawione forum w poszukiwaniu rozwiązania dylematu.
Oto przypadek:
W czasie wakacji do domu mojej mamy przyszedł kocurek wieku nieokreślonego, dorosły ale nie senior na oko. Kotek schorowany i na trzech łapach, choć nieźle radzi sobie z przechodzeniem przez płot i ogólnym poruszaniem. Mama go odkarmia i nawet go odrobaczyła "na oko", bo takiego typu opiekę weterynaryjną można mu w tym miasteczku jedynie zapewnić, ale odmówiła zabrania go do domu. Kot ma legowisko w drewutni.
Oto dylemat:
Zastanawiam się. czy kota porwać do siebie(sprzeciw mojej mamy), bo drewutnia nieogrzewana a kot jednak trójłapny, słabszy od innych kocurów lokalnych i jakieś infekcje chyba jeszcze ma niedoleczone. U mnie niestety warunki lokalowe skromne (garsoniera) bez możliwości wychodzenia, a kot kuwetki raczej w życiu nie widział. I druga sprawa, mieszkam 7 godzin drogi od kota, którego musiałabym targać do Krakowa. Nie wiem , czy to warte takiej traumy dla kota.
U mnie kot miałby dobra karmę i Krakvet dwie ulice dalej (czyli kuracje wszelkie możliwe i kastracja) ale nie jestem na 100% przekonana, czy kot tego jednak nie widziałby inaczej - obecnie jeść dostaje, chodzi gdzie chce i nie wiem jakby podróż zniósł.
Kot otrzymał imię tymczasowe Stefan, jest miziasty, troszke płochliwy ale potrafi być natarczywy ze swoja miziastością jak się mu na to pozwoli.
Bardzo proszę o jakiś głoś rozsądku, bo sama już nie wiem, czy kieruję się dobrem kota czy egoizmem.
trójłapek
Witamy na ...wszechwiedzącym ? forum. Ale na pewno na forum miłosników kotów
Tekst błyskotliwy... widać ,że mamy do czynienia z osobą niewatpliwie inteligentną. Tak!
Moim zdaniem kierujesz się dobrem kota, a egoizm nie ma tu w tym przypadku znaczenia, jesli myslisz o zaadoptowaniu kocurka Wiadomo,ze na wolności nie ma zbyt wiele szans na bycie szczęśliwym kotem... ( z racji na swoje inwalidztwo jest skazany na ciągłą , ale niestety przegraną walke o prymat ) . Myśle ,ze warto spróbować i wziąc go do siebie . Takie nieszczęsne koty doskonale czuję się u" siebie" - nawet na niewielkiej powierzchni ( ja mam trzy niewychodzące koty na 50 m2 ).
Warto spróbować. Jesli zobaczysz,że kotek ewidentnie " sie męczy" i potrzebuje przestrzeni, zawsze możesz go z powrotem wypuścić....Oczywiście musisz uzbroić się w cierpliwośc i zignorować pierwsze objawy niezadowolenia trójłapka ( to oczywiste,że będzie sie buntować). Mysle,że powinnas mu dac jakies 2 miesiące czasu...Możesz go wyprowadzać na smyczy, pokazywać nowe otoczenie...
Jedno wiem na pewno- przygarniając go,ratujesz mu zycie
Spróbuj!
Ucałuj kocura. I wklej jakies jego zdjęcie, choćby z komórki
PS. koty instynktownie korzystaja z kuwety! Nawet te podwórkowe
Tekst błyskotliwy... widać ,że mamy do czynienia z osobą niewatpliwie inteligentną. Tak!
Moim zdaniem kierujesz się dobrem kota, a egoizm nie ma tu w tym przypadku znaczenia, jesli myslisz o zaadoptowaniu kocurka Wiadomo,ze na wolności nie ma zbyt wiele szans na bycie szczęśliwym kotem... ( z racji na swoje inwalidztwo jest skazany na ciągłą , ale niestety przegraną walke o prymat ) . Myśle ,ze warto spróbować i wziąc go do siebie . Takie nieszczęsne koty doskonale czuję się u" siebie" - nawet na niewielkiej powierzchni ( ja mam trzy niewychodzące koty na 50 m2 ).
Warto spróbować. Jesli zobaczysz,że kotek ewidentnie " sie męczy" i potrzebuje przestrzeni, zawsze możesz go z powrotem wypuścić....Oczywiście musisz uzbroić się w cierpliwośc i zignorować pierwsze objawy niezadowolenia trójłapka ( to oczywiste,że będzie sie buntować). Mysle,że powinnas mu dac jakies 2 miesiące czasu...Możesz go wyprowadzać na smyczy, pokazywać nowe otoczenie...
Jedno wiem na pewno- przygarniając go,ratujesz mu zycie
Spróbuj!
Ucałuj kocura. I wklej jakies jego zdjęcie, choćby z komórki
PS. koty instynktownie korzystaja z kuwety! Nawet te podwórkowe
Trójłapek jest pięknym kotkiem!. Patrząc na tę łapkę, mozna się tylko domyslać, ile przeszdł .
Trójłapek jest pięknie ubarwiony, nie wygląda też na wygłodniałego .
A może mama jednak zgodziłaby sie go przygarnąć ? Chociaż... z tego , co napisałaś, nie mógłby liczyc na solidną opiekę weterynaryjną
Zyczę podjęcia trafnej decyzji
Trójłapek jest pięknie ubarwiony, nie wygląda też na wygłodniałego .
A może mama jednak zgodziłaby sie go przygarnąć ? Chociaż... z tego , co napisałaś, nie mógłby liczyc na solidną opiekę weterynaryjną
Zyczę podjęcia trafnej decyzji
- Furia i Afera
- Posty:2561
- Rejestracja:30 czerwca 2009, 10:25
- Lokalizacja:Kraków
Hej dziewczyny - te nowe i te stare
Historia Stefana Trójłapka bardzo przejmująca i jak się mogę wtrącić to ja bym go od razu porwała
Dobbinka coś mi się tak wydaje, że Stefan jednak trafi w nasze strony i będzie szczęśliwym kotem w przytulnym krakowskim domku Dobrze by było jakby lekarze z Krakvetu się nim zajęli, bo oczka nie wyglądają dobrze .
Tak na marginesie: jak sobie pomyślę co ta bidulka musiała przeżyć po utracie łapki (bez opieki i lekarza) to aż mi serce ściska
Historia Stefana Trójłapka bardzo przejmująca i jak się mogę wtrącić to ja bym go od razu porwała
Dobbinka coś mi się tak wydaje, że Stefan jednak trafi w nasze strony i będzie szczęśliwym kotem w przytulnym krakowskim domku Dobrze by było jakby lekarze z Krakvetu się nim zajęli, bo oczka nie wyglądają dobrze .
Tak na marginesie: jak sobie pomyślę co ta bidulka musiała przeżyć po utracie łapki (bez opieki i lekarza) to aż mi serce ściska
Wczoraj koleżanka z pracy zaczęła roztaczać przede mną ponure wizje kota wszędzie brudzącego i znaczącego, nieszczęśliwego z powodu uwięzienia w bloku. Podłamałam się lekko, bo wizje oparte są na jej doświadczeniu z przygarniętym dorosłym już kocurkiem. Tego kompletnego obsikania i depresji kocięcia też się boję, bo jak już go się wtłoczy w transporter i przywiezie, to odwrotu do wiosny nie ma. Po zimie można go ewentualnie 'zwrócić naturze", bo koło domu, w garażu miejsce zawsze będzie miał. Jakieś doświadczenie już mam ale do tej pory podrzucano mi małe 2-3-miesięczne koteczki, które nie protestowały, kuwetkowały się grzecznie, nie wybrzydzały na żwirek ani na karmę, którą uznałam za najlepszą dla nich.
- Furia i Afera
- Posty:2561
- Rejestracja:30 czerwca 2009, 10:25
- Lokalizacja:Kraków
Hmmm, a ta koleżanka ma jakiegoś zwierzaka teraz? A może wiesz ile wytrzymała z przygarniętym kotem? Bo tak jak zauważyła Asia Rysia początkowo może być (ale nie musi) trudno i potrzeba cierpliwości.
Nie chce się wtrącać, ale sama powinnaś wiedzieć jaka osobą jest ta koleżanka, bo ja mam znowu leprze doświadczenia ze zwierzętami niż z "koleżankami" z pracy, które zawsze "dobrze" radzą, ale jakoś-takoś nie szczerze...
Tak na marginesie zima nie jest długa, wiec spróbować można
Nie chce się wtrącać, ale sama powinnaś wiedzieć jaka osobą jest ta koleżanka, bo ja mam znowu leprze doświadczenia ze zwierzętami niż z "koleżankami" z pracy, które zawsze "dobrze" radzą, ale jakoś-takoś nie szczerze...
Tak na marginesie zima nie jest długa, wiec spróbować można
Ostatnio zmieniony 17 listopada 2010, 16:57 przez Furia i Afera, łącznie zmieniany 1 raz.
- Furia i Afera
- Posty:2561
- Rejestracja:30 czerwca 2009, 10:25
- Lokalizacja:Kraków
Dodam jeszcze, że kot ma w sobie coś takiego... hmmm sama nie wiem, coś w oczach, coś bardzo przejmującego i chwytającego za serce!
Dobbinko, są różne koty...Ja mam kotkę 8-letnią,typowo domową, która regularnie obsikuje stół, plecaki, torby itp. Mam tez kocura 1,5 roku niekastrowanego, który wzorowo załatwia sie do kuwety i nie znaczy terenu,mimo,ze walczy o prymat w domu z 2 starszymi od siebie kotkami. A więc nie ma reguły! To,ze koleżanki kocur brudził w domu, nie oznacza,że Trółapek będzie zachowywał sie tak samo! Nie wiadomo tez, czy tamten kocur był wykastrowany.
Dobbinko, zrób ,co Ci serce podpowiada. Jedno jest pewne- tak czy owak trzeba go wyleczyć i wykastrować.
Biedaczek, jak on ma sobie umyć lewe oczko
Dobbinko, zrób ,co Ci serce podpowiada. Jedno jest pewne- tak czy owak trzeba go wyleczyć i wykastrować.
Biedaczek, jak on ma sobie umyć lewe oczko
Oczka obmywaja mu moje siostry, czasem weekendowo w domu rodzinym, więc tyle dobrego. Obmyślamy jak go najmniej stresujaco dowieźć do Krakowa i kiedy, bo ja z pracy na kilka dni to nie mogę się urwać (podróż w obie strony bez smochodu niestety tyle wyniesie, nie mam bezpośredniego transportu), poza tym jeszcze kwestia świąt w grudniu, kiedy do domu musze pojechać. to sa kwestie do rozwiązania, a na razie zasadzam sie na kolegę, który coś wspominał, ze chce się wybrać w tamte strony samochodem. Może on się zlituje. Z drugiej strony, matka moja nie jest bezduszna i, niezależnie od tego jak protestuje, nie dałaby mu zamarznąć na pewno. Jak sie coś ruszy w interesie, bedę informować.
- Furia i Afera
- Posty:2561
- Rejestracja:30 czerwca 2009, 10:25
- Lokalizacja:Kraków
Dobbinka, a można wiedzieć czy masz jakieś zwierzątka w Kraku? Jak masz to wklejaj zdjęcia ale już
Wiesz mówią, że pewne sprawy same się rozwiązują, więc nie ma się co spieszyć - rozwiązanie samo się znajdzie
Wiesz mówią, że pewne sprawy same się rozwiązują, więc nie ma się co spieszyć - rozwiązanie samo się znajdzie
Ha! Jestem "sierotą" po dwóch szczęśliwych kotach.
Trzy lata temu przypałętało się małe kociejstwo na spacerze, schorowane tak, że pani wet powiedziała, że tylko świerzbu jej brakuje. Charakterna Kocia ( nazwana też przez panią wet, po tym jak ta ją próbowała zjeść) miała wtedy coś koło 2 miesięcy i przebyła drogę z mojego rodzinnego domu do Krk w plecaku wtedy jeszcze studenckim (szybka decyzja, mama pomstowała strasznie,została wyleczona, utuczona i wysterylizowana. To był pierwszy kot w naszym wiecznie psiejskim domu. Niestety dla mnie, moje niedotykalskie szczęście podczas wizyty świątecznej pół roku później zasmakowało w wolności ogrodu i przekonało moją rodzicielkę, że jest jej niezbędne do życia. Tak więc Konstancja vel Kocia mieszka sobie na prowincji, wygrzewa plecy mamie i rządzi psem oraz wszystkimi domownikami i gośćmi.
Drugi kot został zaanonsowany telefonicznie : "pałęta się tu pod blokiem koteczka malutka, ty się zaopiekujesz, bo ja mam już dwa, psa i świnki morskie. Zaraz będę." O północy dostałam w objęcia kotencję drącą sie przeraźliwie oraz woreczek żwirku na doby początek. Kotencja okazała się kocurkiem, który otrzymał kulinarne imię Kminek. Kminek ma półtora roku i zamieszkał z moimi ówczesnymi współlokatorami ( młode małżeństwo obecnie) w lipcu. Mieszkamy kilkaset metrów od siebie i opiekuję się nim czasem. Technicznie mam 1/3 udziałów w kocie. Bolała mnie ta rozłąka, nie powiem, ale tam ma wielki metraż, mnóstwo półek do wdrapywania i balkon ze specjalnie dla niego oszklona loggią. No i morze miłości od tatusia i mamusi:)
W sumie wychodzi, że taki ze mnie inkubator koci Nie wiem czy to dobrze czy źle. Myślę, że w obu przypadkach kierowałam się dobrem kotów, kiedy się z nimi rozstawałam. Mama, co prawda, czasami każe mi Kocie zabierać, jak ta coś przeskrobie, ale jak tylko mówię, że nie ma sprawy, to się zaczyna śmiać, że mowy nie ma.
Ot i tyle moich kocich przygód. Zawsze w domu był pies i przez 5-6 lat szczurki
sorki, że przynudzam. zdjęcia za moment.
Obecnie bezzwierzęca jestem.
Trzy lata temu przypałętało się małe kociejstwo na spacerze, schorowane tak, że pani wet powiedziała, że tylko świerzbu jej brakuje. Charakterna Kocia ( nazwana też przez panią wet, po tym jak ta ją próbowała zjeść) miała wtedy coś koło 2 miesięcy i przebyła drogę z mojego rodzinnego domu do Krk w plecaku wtedy jeszcze studenckim (szybka decyzja, mama pomstowała strasznie,została wyleczona, utuczona i wysterylizowana. To był pierwszy kot w naszym wiecznie psiejskim domu. Niestety dla mnie, moje niedotykalskie szczęście podczas wizyty świątecznej pół roku później zasmakowało w wolności ogrodu i przekonało moją rodzicielkę, że jest jej niezbędne do życia. Tak więc Konstancja vel Kocia mieszka sobie na prowincji, wygrzewa plecy mamie i rządzi psem oraz wszystkimi domownikami i gośćmi.
Drugi kot został zaanonsowany telefonicznie : "pałęta się tu pod blokiem koteczka malutka, ty się zaopiekujesz, bo ja mam już dwa, psa i świnki morskie. Zaraz będę." O północy dostałam w objęcia kotencję drącą sie przeraźliwie oraz woreczek żwirku na doby początek. Kotencja okazała się kocurkiem, który otrzymał kulinarne imię Kminek. Kminek ma półtora roku i zamieszkał z moimi ówczesnymi współlokatorami ( młode małżeństwo obecnie) w lipcu. Mieszkamy kilkaset metrów od siebie i opiekuję się nim czasem. Technicznie mam 1/3 udziałów w kocie. Bolała mnie ta rozłąka, nie powiem, ale tam ma wielki metraż, mnóstwo półek do wdrapywania i balkon ze specjalnie dla niego oszklona loggią. No i morze miłości od tatusia i mamusi:)
W sumie wychodzi, że taki ze mnie inkubator koci Nie wiem czy to dobrze czy źle. Myślę, że w obu przypadkach kierowałam się dobrem kotów, kiedy się z nimi rozstawałam. Mama, co prawda, czasami każe mi Kocie zabierać, jak ta coś przeskrobie, ale jak tylko mówię, że nie ma sprawy, to się zaczyna śmiać, że mowy nie ma.
Ot i tyle moich kocich przygód. Zawsze w domu był pies i przez 5-6 lat szczurki
sorki, że przynudzam. zdjęcia za moment.
Obecnie bezzwierzęca jestem.
-
- Informacje
-
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 24 gości